9 sierpnia 2020

"To tylko przyjaciel" Abby Jimenez

Udostępnij ten wpis:
Abby Jimenez jest założycielką cukierni Nadia Cakes, która znana jest na całym świecie z wypieku babeczek. Przy promocji firmy Abby wykorzystała swój talent pisarski, który przekuła również na dwie powieści – debiutancki tytuł „To tylko przyjaciel” oraz „The Happy Ever After Playlist”. O pierwszej książce w Polsce było głośno jeszcze przed premierą, a pozytywne recenzje skłoniły mnie do sięgnięcia po nią.

Kristen Peterson ceni w życiu niezależność i przyjaźń. Nie ma czasu dla facetów, którzy nie rozumieją jej poczucia humoru, ma go za to zawsze dla przyjaciół, ukochanego psa i własnej firmy, którą prężnie rozwija. Chciałaby mieć czas także dla swojego chłopaka Tylera, niestety on wiecznie nieobecny robi karierę w armii na zagranicznych kontraktach. Czas na macierzyństwo nigdy dla Kristen nie nadejdzie, niedługo przejdzie operacje, po której nie będzie mogła mieć dzieci. Wcześniej jednak odbędzie się ślub jej najlepszej przyjaciółki, Sloan. Kristen pomaga w przygotowaniach do wesela. Kiedy poznaje drużbę pana młodego, czuje że pojawia się między nimi niewytłumaczalnie silna chemia. Josh Copeland jest zabawny, seksowny, świetnie reaguje na jej sarkastyczne komentarze i wie, że kiedy Kristen robi się zła, trzeba po prostu dać jej dobrze zjeść. Jest jednak coś, co sprawia, że Josh może być dla Kristen jedynie przyjacielem, nigdy kimś więcej. Josh marzy o dużej rodzinie, a Kristen przecież nie mogłaby mu jej dać. Decyduje się więc na ryzykowny status relacji: friends with benefits. Choć taki układ teoretycznie wydaje się prosty, w praktyce jednak będzie bardzo skomplikowany…”
(https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4931405/to-tylko-przyjaciel)

Mogłoby się wydawać, że „To tylko przyjaciel” jest kolejnym romansem nasyconym seksem, z prostą fabułą, atrakcyjnymi bohaterami i przewidywalnym zakończeniem. Pierwsze się zgadza – kipi tutaj od erotycznego napięcia między bohaterami, a także od gorących scen łóżkowych. Nie martwcie się, nie jest to jednak erotyk na miarę Greya. Główne postacie także są atrakcyjne, dobrze zbudowany strażak oraz seksowna kobieta. Wątek friends with benefits to również nic nowego w świecie literatury kobiecej. Każdy pomyśli sobie, że autorka nie wymyśliła nic nowego, że na pewno bohaterowie zakochają się w sobie, bo przecież tak już musi być w romansach. Może tak będzie, może nie – sami musicie przeczytać. Ważniejsze jest jednak to, co dzieje się w trakcie ich skomplikowanej relacji, wspólne doświadczenia, które ich połączą i zbudują fundamenty tej znajomości.

Pod pozorem lekkiej, zabawnej i romantycznej historii, Abby Jimenez porusza trudny temat. Kristen cierpi na ogromne bóle menstruacyjne, chce przejść operację, która pozwoli jej normalnie funkcjonować. Wiąże się to jednak z rezygnacją z macierzyństwa, które według lekarzy i samej Kristen, również jest niemożliwe z powodu jej dolegliwości. Chyba nikt nie jest w stanie zrozumieć tego, jak czuje się kobieta, która nie może mieć dzieci. Chociaż świat idzie do przodu, dalej popularne jest myślenie, że macierzyństwo definiuje kobietę. Nie masz dzieci = nie jesteś pełnowartościową osobą. Nie możesz mieć dzieci = jesteś wadliwa, gorsza. To smutne i krzywdzące, co stara się nam przekazać autorka. Chociaż wątek miłosny Kristen i Josha jest fikcyjny, to problemy zdrowotne Kristen są oparte na historii przyjaciółki Jimenez. Pisarka przyznaje, że wiele z tego co napisała, jest dosłownym zapisem słów przyjaciółki.

To tylko przyjaciel” jest powieścią, która wywoływała u mnie uśmiech, ale również łzy. Nie mogę Wam spoilerować, ale są w tej historii sceny, których się nie spodziewałam. Abby Jimenez postanowiła być niesztampowa, nie iść na łatwiznę, wyjść poza oczekiwania czytelnika. Takie jest życie i autorka starała się pokazać jego wszystkie odcienie.

Zatrzymując się na chwilę na wątku miłosnym, bo przecież również o tym jest powieść, muszę przyznać, że Kristen bardzo starała się zniechęcić do siebie Josha. Co zabawniejsze, jej starania przyniosły zupełnie inne efekty. Miłość zbudowana na przyjaźni bywa trwalsza, pewniejsza, łatwiejsza. Nie mamy przed sobą wyidealizowanej postaci ukochanej osoby, bo przecież wcześniej poznaliśmy ją z różnych, słabszych i lepszych, stron. Pamiętajcie też, że Kristen nie powstrzymywała się przed uczuciem do Josha tylko przez wzgląd na swoją chorobę. Kiedy się poznali, miała chłopaka, z którym wchodziła w poważniejszy etap. Autorka przemyciła kolejny wątek, z którym mierzą się kobiety – bycie partnerką wojskowego nie jest łatwe. Związek na odległość, niepewność o życie ukochanego, często niewiedza o wszystkich aspektach pracy, miejscu pobytu. Nie wszystkie relacje przetrwają, a te którym się uda, nie są usłane różami, miewają swoje problemy.

Książkę zdecydowanie polecam. Jest to opowieść o miłości, samoakceptacji, prawdziwej przyjaźni. Sama Jimenez uważa, że morał jej powieści jest taki, że bezpłodność nie może nikogo definiować i ograniczać. Zgadzam się z nią w pełni, chociaż domyślam się, że kiedy zostaje się postawionym przed taką diagnozą, ciężko od razu uświadomić sobie, że wciąż jesteśmy pełnowartościowi i zasługujemy na wszystko, co najlepsze. 

Tytuł oryginalny: The Friend Zone; wyd. Muza; tłum. Paweł Wolak; str. 480, lipiec 2020 

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Muza. 

Recenzja znajduje się również na:

26 lipca 2020

"Daisy Jones & The Six" Taylor Jenkins Reid

Udostępnij ten wpis:
Taylor Jenkins Reid to autorka świetnej powieści „Siedmiu mężów Evelyn Hugo”, o której pisałam Wam w zeszłym roku. O jej najnowszej książce było w Polsce głośno na długo przed premierą. „Daisy Jones & The Six” zachwyciła Reese Witherspoon, a następnie wiele czytelniczek na świecie. Te z Was, które czytają w oryginale, od razu mówiły, że to świetna historia i niecierpliwie czekały na polską premierę. Te pozytywne opinie, a także fakt, iż poprzedni tytuł autorki przypadł mi do gustu, sprawiły, że również ja nie mogłam się doczekać, aż powieść ukaże się w naszym kraju.

12 lutego 1979 roku. Daisy Jones & The Six, najsławniejszy zespół rock’n’rollowy na świecie, daje koncert, na którym szaleje tysiące osób. Nikt jeszcze nie wie, że to ich ostatni wspólny występ. Jak doszło do tego, że kultowy zespół, którego piosenki królowały na wszystkich potańcówkach, przestał istnieć tak nagle?

To, co stało się między członkami zespołu, było wielka tajemnicą. Aż do teraz.”
(https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4932487/daisy-jones-amp-the-six)

„Daisy Jones & The Six” to książka, którą czyta się jak prawdziwą biografię. Szczerze przyznaję, że sprawdzałam w Internecie, czy autorka nie inspirowała się autentyczną historią. Reid udało się oddać klimat lat 70., stworzyć tak wiarygodną opowieść, że dałabym się na nią nabrać. Powieść napisana jest w oryginalny sposób, gdyż nie mamy tutaj typowej narracji pierwszo lub trzecioosobowej. Są to wypowiedzi członków zespołu i ich współpracowników, którzy zgodzili się na wywiad. Jest to świetny zabieg, który ukazuje jak jedno wydarzenie może być różnie interpretowane przez uczestników zajścia. Każdy ma swoją prawdę, każdy inaczej odbierał czyjeś słowa i gesty.

Czytając książkę, bardzo często myślałam o tym, że chciałabym usłyszeć opisywaną muzykę. Nie jestem fanką rocka, ale autorka pisała o piosenkach zespołu w taki sposób, iż miałam wrażenie, że są naładowane emocjami. Naprawdę mam nadzieję, że ta historia zostanie zekranizowana i będę mogła posłuchać ścieżkę dźwiękową opartą na tekstach Reid.

„Daisy Jones & The Six” to powieść o spełnianiu marzeń, poszukiwaniu własnej drogi w życiu. To również historia o przezwyciężaniu własnych słabości. Bohaterowie tej książki zmagają się z różnymi problemami. Jak to w świecie rocka bywało, często towarzyszyły im imprezy, alkohol, narkotyki. Dla jednych był to dodatek, chwilowa rozrywka, dla innych sposób na życie. Problemy w związkach, połączeniem kariery i normalnego życia poza światłami reflektorów. O tym wszystkim opowiada Reid, przekazując to bezpośrednio od członków zespołu.

„Siedmiu mężów Evelyn Hugo” podobało mi się bardziej, ale uważam, że „Daisy Jones & The Six” jest ciekawą, wartą uwagi lekturą. Czyta się ją naprawdę szybko i daje ona szansę na relaks, oderwanie od rzeczywistości przy lekkiej opowieści. 

Tytuł oryginalny: Daisy Jones & The Six; wyd. Czwarta Strona; tłum. Agnieszka Kalus; str. 424, lipiec 2020

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona. 

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki

12 lipca 2020

"Ballada ptaków i węży" Suzanne Collins

Udostępnij ten wpis:
Ostatnio opowiadałam Wam o „Igrzyskach Śmierci”, co spowodowało, że w końcu po nie sięgnęłam. Jak pamiętacie, powodem była premiera „Ballady ptaków i węży”, prequela trylogii. Prequela, który wiele wyjaśnia i wprowadza do dobrze nam znanej historii. To nie jest opowieść pisana na siłę, wydawana dla odświeżenia wątków i zarobienia pieniędzy. To nie jest odgrzewanie kotleta w stylu E. L. James czy Stephanie Meyer, które po latach piszą dokładnie o tych samych wydarzeniach, ale z perspektywy męskiej. Nie, „Ballada ptaków i węży” to prequel, którego potrzebowaliśmy, a mogliśmy nawet nie zdawać sobie z tego sprawy.

AMBICJA GO NAPĘDZA.

RYWALIZACJA GO MOTYWUJE.

WŁADZA JEDNAK MA SWOJĄ CENĘ.

Dziesiąte Głodowe Igrzyska rozpoczyna poranek dożynek. W Kapitolu osiemnastoletni Coriolanus Snow zamierza skwapliwie skorzystać z szansy, jaką jest rola mentora, i zdobyć sławę. Potężny niegdyś ród Snowów podupadł i niepewny los Coriolanusa zależy teraz od tego, czy zdoła on pokonać innych mentorów urokiem osobistym i sprytem.
Tyle że los nie bardzo mu sprzyja. W udziale przypadła mu dziewczyna z Dystryktu Dwunastego, najbiedniejszego z biednych. Losy obojga splotą się ciasno – każda decyzja, którą podejmie Snow, może prowadzić do sukcesu lub porażki, triumfu lub klęski. Na arenie rozgrywa walkę na śmierć i życie, ale poza areną zaczyna się w nim budzić współczucie… Tylko jak postępować według zasad, gdy pragnie się przetrwać za wszelką cenę?”
(https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4923151/ballada-ptakow-i-wezy)

Prezydent Snow to jedna z najbardziej nielubianych postaci z trylogii. Nie ma się co dziwić, w końcu to on jest odpowiedzialny za Igrzyska Śmierci, to on utrudniał życie w dystryktach, to on bawił się losem niewinnych nastolatków. Miał na swoim sumieniu wiele ludzkich istnień. Był głównym antagonistą trylogii. Dzięki najnowszej książce czytelnicy mają okazję poznać Snowa jako nastolatka, zobaczyć co sprawiło, że stał się prezydentem, co kierowało jego decyzjami. Jest to szansa na pokazanie podłoża późniejszych wydarzeń, zbudowanie podwalin do trylogii.

Coriolanus jest dla mnie postacią niejednoznaczną. W trakcie czytania „Ballady ptaków i węży” widziałam w nim dobro, może czasem wynikało z egoistycznych pobudek, ale jednak było. Był często mniej bezwzględny niż jego koledzy, wojna źle mu się kojarzyła, doznał w życiu wielu krzywd i pomimo wielkiego nazwiska, musiał walczyć o swoje. Przez cały czas czekałam na moment, w którym stwierdzę, że tak, teraz rodzi się w nim Snow, jakiego znamy. Snow, który będzie rządził Panem twardą ręką. I chociaż widzę wpływy, które ukształtowały dorosłego Coriolanusa, wciąż nie dostałam wszystkich odpowiedzi. Wielu czytelników czuje zapewne niedosyt i czeka na to, że Suzanne Collins napisze kontynuację tej historii.

Trudno byłoby pisać o „Balladzie ptaków i węży” i nie wspomnieć o Lucy Gray, dziewczynie z Dwunastego Dystryktu, która musiała stanąć do walki na arenie. To właśnie Lucy rozbudziła w Coriolanusie uczucia, których nie spodziewał się nigdy poznać. Współczucie do trybutów, sympatię, troskę. To ona pokazała mu, że można żyć wśród przyjaciół, nie posiadając bogactw, ale cieszyć się i czerpać z życia na tyle, na ile pozwoli Kapitol. Wpływ Lucy widać w przyszłości, chociażby w piosence śpiewanej przez Katniss. Dziewczyna jest też jedną z najbarwniejszych postaci, jakie pojawiły się w uniwersum opisanym przez Collins.

Wiele osób zachwyca się książką i uważa, że zostawia ona daleko w tyle trylogię. Uważam, że jest to dobra książka, bardzo potrzebna, dopełniająca historię. Dla mnie jednak jest nierówna. Pierwsza połowa była dla mnie dużo ciekawsza, bardziej wciągająca. Interesowały mnie wydarzenia na arenie, to jak na początku wyglądały Igrzyska. Poznawałam historię rodziny Snow, a także bohaterów z Kapitolu, ich reakcje na śmiertelną zabawę i pierwszą rebelię. Druga część, tocząca się już po zawodach, według mnie zwolniła. Owszem, dalej pokazywała dojrzewanie Corio, wpływ otoczenia na jego postawę, ale jednak coś mi zgrzytało i nie byłam tak zaintrygowana, jak wcześniej. Wydaje mi się, że ma to związek z rosnącą powoli irytacją w stosunku do głównego bohatera. Nie chcę za wiele zdradzać, ale zmiana, która w nim następuje, a właściwie uwidacznia się wpływ Kapitolu, coraz mniej mi się podobała, chociaż ostatecznie wiedziałam, w którym kierunku rozwinie się Snow.

Chociaż „Ballada ptaków i węży” była nierówna, to ogromnie się cieszę, że powstała. Uważam, że była ona potrzebna dla wzbogacenia fabuły, ukazania narodzin Igrzysk Śmierci. Jest książką, którą na pewno muszą przeczytać fani cyklu. Jest też nadzieją na to, że Collins napisze kontynuację, bo wciąż czekam na odpowiedzi na wiele pytań. Jest powieścią, która miała nie tylko ukazać powstawaniem Panem takim, jakie znamy z trylogii. Miała sięgnąć głębiej i pokazać rozwój psychologiczny jednej z najważniejszych postaci w historii. Myślę, że spełniła swoje zadanie i rozbudziła chęć na więcej. 

Tytuł oryginalny: The Ballad of Songbirds and Snakes; wyd. Media Rodzina; tłum. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz; str. 544, wyd. czerwiec 2020

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina. 

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki  

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia