9 sierpnia 2020

"To tylko przyjaciel" Abby Jimenez

Udostępnij ten wpis:
Abby Jimenez jest założycielką cukierni Nadia Cakes, która znana jest na całym świecie z wypieku babeczek. Przy promocji firmy Abby wykorzystała swój talent pisarski, który przekuła również na dwie powieści – debiutancki tytuł „To tylko przyjaciel” oraz „The Happy Ever After Playlist”. O pierwszej książce w Polsce było głośno jeszcze przed premierą, a pozytywne recenzje skłoniły mnie do sięgnięcia po nią.

Kristen Peterson ceni w życiu niezależność i przyjaźń. Nie ma czasu dla facetów, którzy nie rozumieją jej poczucia humoru, ma go za to zawsze dla przyjaciół, ukochanego psa i własnej firmy, którą prężnie rozwija. Chciałaby mieć czas także dla swojego chłopaka Tylera, niestety on wiecznie nieobecny robi karierę w armii na zagranicznych kontraktach. Czas na macierzyństwo nigdy dla Kristen nie nadejdzie, niedługo przejdzie operacje, po której nie będzie mogła mieć dzieci. Wcześniej jednak odbędzie się ślub jej najlepszej przyjaciółki, Sloan. Kristen pomaga w przygotowaniach do wesela. Kiedy poznaje drużbę pana młodego, czuje że pojawia się między nimi niewytłumaczalnie silna chemia. Josh Copeland jest zabawny, seksowny, świetnie reaguje na jej sarkastyczne komentarze i wie, że kiedy Kristen robi się zła, trzeba po prostu dać jej dobrze zjeść. Jest jednak coś, co sprawia, że Josh może być dla Kristen jedynie przyjacielem, nigdy kimś więcej. Josh marzy o dużej rodzinie, a Kristen przecież nie mogłaby mu jej dać. Decyduje się więc na ryzykowny status relacji: friends with benefits. Choć taki układ teoretycznie wydaje się prosty, w praktyce jednak będzie bardzo skomplikowany…”
(https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4931405/to-tylko-przyjaciel)

Mogłoby się wydawać, że „To tylko przyjaciel” jest kolejnym romansem nasyconym seksem, z prostą fabułą, atrakcyjnymi bohaterami i przewidywalnym zakończeniem. Pierwsze się zgadza – kipi tutaj od erotycznego napięcia między bohaterami, a także od gorących scen łóżkowych. Nie martwcie się, nie jest to jednak erotyk na miarę Greya. Główne postacie także są atrakcyjne, dobrze zbudowany strażak oraz seksowna kobieta. Wątek friends with benefits to również nic nowego w świecie literatury kobiecej. Każdy pomyśli sobie, że autorka nie wymyśliła nic nowego, że na pewno bohaterowie zakochają się w sobie, bo przecież tak już musi być w romansach. Może tak będzie, może nie – sami musicie przeczytać. Ważniejsze jest jednak to, co dzieje się w trakcie ich skomplikowanej relacji, wspólne doświadczenia, które ich połączą i zbudują fundamenty tej znajomości.

Pod pozorem lekkiej, zabawnej i romantycznej historii, Abby Jimenez porusza trudny temat. Kristen cierpi na ogromne bóle menstruacyjne, chce przejść operację, która pozwoli jej normalnie funkcjonować. Wiąże się to jednak z rezygnacją z macierzyństwa, które według lekarzy i samej Kristen, również jest niemożliwe z powodu jej dolegliwości. Chyba nikt nie jest w stanie zrozumieć tego, jak czuje się kobieta, która nie może mieć dzieci. Chociaż świat idzie do przodu, dalej popularne jest myślenie, że macierzyństwo definiuje kobietę. Nie masz dzieci = nie jesteś pełnowartościową osobą. Nie możesz mieć dzieci = jesteś wadliwa, gorsza. To smutne i krzywdzące, co stara się nam przekazać autorka. Chociaż wątek miłosny Kristen i Josha jest fikcyjny, to problemy zdrowotne Kristen są oparte na historii przyjaciółki Jimenez. Pisarka przyznaje, że wiele z tego co napisała, jest dosłownym zapisem słów przyjaciółki.

To tylko przyjaciel” jest powieścią, która wywoływała u mnie uśmiech, ale również łzy. Nie mogę Wam spoilerować, ale są w tej historii sceny, których się nie spodziewałam. Abby Jimenez postanowiła być niesztampowa, nie iść na łatwiznę, wyjść poza oczekiwania czytelnika. Takie jest życie i autorka starała się pokazać jego wszystkie odcienie.

Zatrzymując się na chwilę na wątku miłosnym, bo przecież również o tym jest powieść, muszę przyznać, że Kristen bardzo starała się zniechęcić do siebie Josha. Co zabawniejsze, jej starania przyniosły zupełnie inne efekty. Miłość zbudowana na przyjaźni bywa trwalsza, pewniejsza, łatwiejsza. Nie mamy przed sobą wyidealizowanej postaci ukochanej osoby, bo przecież wcześniej poznaliśmy ją z różnych, słabszych i lepszych, stron. Pamiętajcie też, że Kristen nie powstrzymywała się przed uczuciem do Josha tylko przez wzgląd na swoją chorobę. Kiedy się poznali, miała chłopaka, z którym wchodziła w poważniejszy etap. Autorka przemyciła kolejny wątek, z którym mierzą się kobiety – bycie partnerką wojskowego nie jest łatwe. Związek na odległość, niepewność o życie ukochanego, często niewiedza o wszystkich aspektach pracy, miejscu pobytu. Nie wszystkie relacje przetrwają, a te którym się uda, nie są usłane różami, miewają swoje problemy.

Książkę zdecydowanie polecam. Jest to opowieść o miłości, samoakceptacji, prawdziwej przyjaźni. Sama Jimenez uważa, że morał jej powieści jest taki, że bezpłodność nie może nikogo definiować i ograniczać. Zgadzam się z nią w pełni, chociaż domyślam się, że kiedy zostaje się postawionym przed taką diagnozą, ciężko od razu uświadomić sobie, że wciąż jesteśmy pełnowartościowi i zasługujemy na wszystko, co najlepsze. 

Tytuł oryginalny: The Friend Zone; wyd. Muza; tłum. Paweł Wolak; str. 480, lipiec 2020 

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Muza. 

Recenzja znajduje się również na:

26 lipca 2020

"Daisy Jones & The Six" Taylor Jenkins Reid

Udostępnij ten wpis:
Taylor Jenkins Reid to autorka świetnej powieści „Siedmiu mężów Evelyn Hugo”, o której pisałam Wam w zeszłym roku. O jej najnowszej książce było w Polsce głośno na długo przed premierą. „Daisy Jones & The Six” zachwyciła Reese Witherspoon, a następnie wiele czytelniczek na świecie. Te z Was, które czytają w oryginale, od razu mówiły, że to świetna historia i niecierpliwie czekały na polską premierę. Te pozytywne opinie, a także fakt, iż poprzedni tytuł autorki przypadł mi do gustu, sprawiły, że również ja nie mogłam się doczekać, aż powieść ukaże się w naszym kraju.

12 lutego 1979 roku. Daisy Jones & The Six, najsławniejszy zespół rock’n’rollowy na świecie, daje koncert, na którym szaleje tysiące osób. Nikt jeszcze nie wie, że to ich ostatni wspólny występ. Jak doszło do tego, że kultowy zespół, którego piosenki królowały na wszystkich potańcówkach, przestał istnieć tak nagle?

To, co stało się między członkami zespołu, było wielka tajemnicą. Aż do teraz.”
(https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4932487/daisy-jones-amp-the-six)

„Daisy Jones & The Six” to książka, którą czyta się jak prawdziwą biografię. Szczerze przyznaję, że sprawdzałam w Internecie, czy autorka nie inspirowała się autentyczną historią. Reid udało się oddać klimat lat 70., stworzyć tak wiarygodną opowieść, że dałabym się na nią nabrać. Powieść napisana jest w oryginalny sposób, gdyż nie mamy tutaj typowej narracji pierwszo lub trzecioosobowej. Są to wypowiedzi członków zespołu i ich współpracowników, którzy zgodzili się na wywiad. Jest to świetny zabieg, który ukazuje jak jedno wydarzenie może być różnie interpretowane przez uczestników zajścia. Każdy ma swoją prawdę, każdy inaczej odbierał czyjeś słowa i gesty.

Czytając książkę, bardzo często myślałam o tym, że chciałabym usłyszeć opisywaną muzykę. Nie jestem fanką rocka, ale autorka pisała o piosenkach zespołu w taki sposób, iż miałam wrażenie, że są naładowane emocjami. Naprawdę mam nadzieję, że ta historia zostanie zekranizowana i będę mogła posłuchać ścieżkę dźwiękową opartą na tekstach Reid.

„Daisy Jones & The Six” to powieść o spełnianiu marzeń, poszukiwaniu własnej drogi w życiu. To również historia o przezwyciężaniu własnych słabości. Bohaterowie tej książki zmagają się z różnymi problemami. Jak to w świecie rocka bywało, często towarzyszyły im imprezy, alkohol, narkotyki. Dla jednych był to dodatek, chwilowa rozrywka, dla innych sposób na życie. Problemy w związkach, połączeniem kariery i normalnego życia poza światłami reflektorów. O tym wszystkim opowiada Reid, przekazując to bezpośrednio od członków zespołu.

„Siedmiu mężów Evelyn Hugo” podobało mi się bardziej, ale uważam, że „Daisy Jones & The Six” jest ciekawą, wartą uwagi lekturą. Czyta się ją naprawdę szybko i daje ona szansę na relaks, oderwanie od rzeczywistości przy lekkiej opowieści. 

Tytuł oryginalny: Daisy Jones & The Six; wyd. Czwarta Strona; tłum. Agnieszka Kalus; str. 424, lipiec 2020

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona. 

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki

12 lipca 2020

"Ballada ptaków i węży" Suzanne Collins

Udostępnij ten wpis:
Ostatnio opowiadałam Wam o „Igrzyskach Śmierci”, co spowodowało, że w końcu po nie sięgnęłam. Jak pamiętacie, powodem była premiera „Ballady ptaków i węży”, prequela trylogii. Prequela, który wiele wyjaśnia i wprowadza do dobrze nam znanej historii. To nie jest opowieść pisana na siłę, wydawana dla odświeżenia wątków i zarobienia pieniędzy. To nie jest odgrzewanie kotleta w stylu E. L. James czy Stephanie Meyer, które po latach piszą dokładnie o tych samych wydarzeniach, ale z perspektywy męskiej. Nie, „Ballada ptaków i węży” to prequel, którego potrzebowaliśmy, a mogliśmy nawet nie zdawać sobie z tego sprawy.

AMBICJA GO NAPĘDZA.

RYWALIZACJA GO MOTYWUJE.

WŁADZA JEDNAK MA SWOJĄ CENĘ.

Dziesiąte Głodowe Igrzyska rozpoczyna poranek dożynek. W Kapitolu osiemnastoletni Coriolanus Snow zamierza skwapliwie skorzystać z szansy, jaką jest rola mentora, i zdobyć sławę. Potężny niegdyś ród Snowów podupadł i niepewny los Coriolanusa zależy teraz od tego, czy zdoła on pokonać innych mentorów urokiem osobistym i sprytem.
Tyle że los nie bardzo mu sprzyja. W udziale przypadła mu dziewczyna z Dystryktu Dwunastego, najbiedniejszego z biednych. Losy obojga splotą się ciasno – każda decyzja, którą podejmie Snow, może prowadzić do sukcesu lub porażki, triumfu lub klęski. Na arenie rozgrywa walkę na śmierć i życie, ale poza areną zaczyna się w nim budzić współczucie… Tylko jak postępować według zasad, gdy pragnie się przetrwać za wszelką cenę?”
(https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4923151/ballada-ptakow-i-wezy)

Prezydent Snow to jedna z najbardziej nielubianych postaci z trylogii. Nie ma się co dziwić, w końcu to on jest odpowiedzialny za Igrzyska Śmierci, to on utrudniał życie w dystryktach, to on bawił się losem niewinnych nastolatków. Miał na swoim sumieniu wiele ludzkich istnień. Był głównym antagonistą trylogii. Dzięki najnowszej książce czytelnicy mają okazję poznać Snowa jako nastolatka, zobaczyć co sprawiło, że stał się prezydentem, co kierowało jego decyzjami. Jest to szansa na pokazanie podłoża późniejszych wydarzeń, zbudowanie podwalin do trylogii.

Coriolanus jest dla mnie postacią niejednoznaczną. W trakcie czytania „Ballady ptaków i węży” widziałam w nim dobro, może czasem wynikało z egoistycznych pobudek, ale jednak było. Był często mniej bezwzględny niż jego koledzy, wojna źle mu się kojarzyła, doznał w życiu wielu krzywd i pomimo wielkiego nazwiska, musiał walczyć o swoje. Przez cały czas czekałam na moment, w którym stwierdzę, że tak, teraz rodzi się w nim Snow, jakiego znamy. Snow, który będzie rządził Panem twardą ręką. I chociaż widzę wpływy, które ukształtowały dorosłego Coriolanusa, wciąż nie dostałam wszystkich odpowiedzi. Wielu czytelników czuje zapewne niedosyt i czeka na to, że Suzanne Collins napisze kontynuację tej historii.

Trudno byłoby pisać o „Balladzie ptaków i węży” i nie wspomnieć o Lucy Gray, dziewczynie z Dwunastego Dystryktu, która musiała stanąć do walki na arenie. To właśnie Lucy rozbudziła w Coriolanusie uczucia, których nie spodziewał się nigdy poznać. Współczucie do trybutów, sympatię, troskę. To ona pokazała mu, że można żyć wśród przyjaciół, nie posiadając bogactw, ale cieszyć się i czerpać z życia na tyle, na ile pozwoli Kapitol. Wpływ Lucy widać w przyszłości, chociażby w piosence śpiewanej przez Katniss. Dziewczyna jest też jedną z najbarwniejszych postaci, jakie pojawiły się w uniwersum opisanym przez Collins.

Wiele osób zachwyca się książką i uważa, że zostawia ona daleko w tyle trylogię. Uważam, że jest to dobra książka, bardzo potrzebna, dopełniająca historię. Dla mnie jednak jest nierówna. Pierwsza połowa była dla mnie dużo ciekawsza, bardziej wciągająca. Interesowały mnie wydarzenia na arenie, to jak na początku wyglądały Igrzyska. Poznawałam historię rodziny Snow, a także bohaterów z Kapitolu, ich reakcje na śmiertelną zabawę i pierwszą rebelię. Druga część, tocząca się już po zawodach, według mnie zwolniła. Owszem, dalej pokazywała dojrzewanie Corio, wpływ otoczenia na jego postawę, ale jednak coś mi zgrzytało i nie byłam tak zaintrygowana, jak wcześniej. Wydaje mi się, że ma to związek z rosnącą powoli irytacją w stosunku do głównego bohatera. Nie chcę za wiele zdradzać, ale zmiana, która w nim następuje, a właściwie uwidacznia się wpływ Kapitolu, coraz mniej mi się podobała, chociaż ostatecznie wiedziałam, w którym kierunku rozwinie się Snow.

Chociaż „Ballada ptaków i węży” była nierówna, to ogromnie się cieszę, że powstała. Uważam, że była ona potrzebna dla wzbogacenia fabuły, ukazania narodzin Igrzysk Śmierci. Jest książką, którą na pewno muszą przeczytać fani cyklu. Jest też nadzieją na to, że Collins napisze kontynuację, bo wciąż czekam na odpowiedzi na wiele pytań. Jest powieścią, która miała nie tylko ukazać powstawaniem Panem takim, jakie znamy z trylogii. Miała sięgnąć głębiej i pokazać rozwój psychologiczny jednej z najważniejszych postaci w historii. Myślę, że spełniła swoje zadanie i rozbudziła chęć na więcej. 

Tytuł oryginalny: The Ballad of Songbirds and Snakes; wyd. Media Rodzina; tłum. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz; str. 544, wyd. czerwiec 2020

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina. 

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki  

6 lipca 2020

Trylogia "Igrzyska Śmierci" Suzanne Collins

Udostępnij ten wpis:
O „Igrzyskach Śmierci” powiedziano już chyba wszystko. Trylogia, którą pokochały miliony czytelników na całym świecie. Bohaterowie, którzy ożywili wyobraźnię wielu fanów. Jedna z najpopularniejszych serii dla młodzieży, która doczekała się ekranizacji, równie znanych jak książki. Historia, która wciąż budzi emocje, chociaż od jej ukazania się minęło ponad dziesięć lat. Nadal uniwersalna, dalej chętnie czytana. I pewnie wstyd się przyznać, że sięgnęłam po nią dopiero teraz, w związku z premierą prequela, „Ballady ptaków i węży”.

W państwie Panem, które powstało na gruzach dawnej Ameryki Północnej, co roku odbywa sie okrutne telewizyjne show - Głodowe Igrzyska. Biorą w nim udział młodzi z podległych stolicy dystryktów, a wśród nich szesnastolenia Katniss. Choć wcale tego nie chce, urasta na przywódczynię buntu przeciwko autorytarnej władzy... Nie ma też zamiaru zakochać się, a już na pewno wybierać między dwoma chłopcami, ale i do tego będzie zmuszona.”
(https://lubimyczytac.pl/ksiazka/238924/igrzyska-smierci-trylogia)

Historia napisana jest pierwszoosobowo, co niektórym może przeszkadzać. Dla mnie to nie był żaden problem, czułam się jakbym siedziała w głowie bohaterki i znała jej wszystkie myśli. Jako że to Katniss była narratorką i śledziłam wydarzenia z jej perspektywy, nie wiedziałam o niczym przed nią. Wszystko było niespodzianką zarówno dla niej, jak i dla mnie. Mogłam bezpośrednio odczuwać jej emocje, strach na arenie, troskę o siostrę, niepewność jutra. Wiem, że nie wszyscy darzą Katniss sympatią. Myślę, że sposób narracji może mieć na to wpływ – bardzo dobrze możemy zobaczyć, jak zdezorientowana bywa, niezdecydowana. Musimy jednak pamiętać, że to nastolatka, znajdująca się w trudnej sytuacji życiowej. Ma prawo być zagubiona w swoich uczuciach.

Team Peeta czy Team Gale? Odwieczne pytanie fanów serii, dla każdego odpowiedź jest czysto subiektywna. Powiem szczerze, że jeżeli musiałabym wybierać, to stawiałabym na Peetę, ale cóż... Prawda jest taka, że żaden z chłopaków nie rozkochał mnie w sobie, żaden nie sprawił, że dopingowałabym go w wyścigu do serca Katniss. Było mi to naprawdę obojętne, kogo wybierze. Chyba nie taki jest plan tworzenia trójkątów miłosnych w książkach, które w zamyśle, powinny rozgrzewać czytelnika do czerwoności.

Za to bohaterowie drugoplanowi stanowili wisienkę na torcie. Jestem zdecydowanie Team Finnick. Ten chłopak był jedną z najlepszych postaci w serii i mocno mu dopingowałam, życzyłam mu jak najlepiej. Wzbudził we mnie dużo pozytywnych uczuć, rozbawił, wzruszył. Jeżeli Suzanne Collins postanowi znowu wrócić do Igrzysk Śmierci i przytoczyć historię jednego z bohaterów, to poproszę Finnicka. Albo Haymitcha. Mentor Katniss to mężczyzna, który wzbudza skrajne emocje. Potrafi zachować się jak skończony dupek, ale skrywa w sobie dużo empatii i ciepłych uczuć. Jego chłodną, zdystansowaną osobowość, ukształtowały Igrzyska Śmierci.

Trylogia to poznawanie tradycji Igrzysk, ich brutalności, bezwzględności prezydenta Snowa, aż do pojawiania się pierwszych promyków nadziei. Zaczątków rebelii, prób odzyskania wolności, wyzwolenia się spod jarzma Kapitolu. Jest to wyboista droga do powolnego jednoczenia się dystryktów. Jest to też moment do zastanowienia się, kiedy ofiara staje się prześladowcą. Czas, kiedy trzeba zastanowić się, co jest dozwolone na wojnie, kiedy przekracza się granice. Czy obala się dotychczasową władzę, aby czynić dobro i wprowadzać zmiany, czy też zależy nam na władzy. 

"Igrzyska Śmierci" to na pewno jedna z najbardziej wciągających młodzieżówek, jakie miałam okazję czytać. Lata temu oglądałam filmy, ale po przeczytaniu książek stwierdzam, że są one dużo słabsze, niż początkowo sądziłam. Wiadomo, że powieści są pełniejsze, lepiej skonstruowane, ale tutaj nastąpiła duża przepaść. Oglądając ponownie ekranizacje, musiałam dopowiadać chłopakowi pewne rzeczy, aby przedstawić mu szerszą perspektywę, pogłębić bohaterów.

Jeżeli, tak jak ja, zwlekaliście z sięgnięciem po trylogię Suzanne Collins, nie wahajcie się dłużej. Bawiłam się przy niej świetnie, dałam się totalnie porwać historii i przywiązałam się do niektórych postaci. Jest to ciekawa, warta uwagi młodzieżówka, która porusza ważne tematy. Głód, wojna, stosunek do drugiej osoby. Wyraźnie też pokazuje, że to człowiek człowiekowi potrafi zgotować największe piekło. Polecam fanom postapokaliptycznych powieści.

Tytuł oryginalny: The Hunger Games; wyd. Media Rodzina; tłum. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz, wyd. 2009-2010

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina. 

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki

28 czerwca 2020

"Gołąb i wąż" Shelby Mahurin

Udostępnij ten wpis:
Fantastyka młodzieżowa to ostatnio mój ulubiony gatunek. Zawsze lubiłam takie historie, ale od jakiegoś czasu czyta mi się je jeszcze lepiej. Dlatego widząc zapowiedź powieści „Gołąb i wąż” wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Zapowiadało się na to, że będzie tam wszystko, co lubię – humor, magia, lekkość, trochę romansu. A jak było w rzeczywistości?

Louise uciekła przed dwoma laty z sabatu, wyrzekając się magii i swoich mocy.

Plan był prosty: schronić się w Cesarine i żyć z tego, co będzie wstanie ukraść dzięki własnej przebiegłości i sprytowi. Ale tu, w mieście ogarniętym strachem przed magią, wiedźmy takie jak Lou są ścigane. I palone na stosach.

Reid Diggory, łowca czarownic na usługach Kościoła, kieruje się w życiu jedną zasadą: wiedźmy muszą zginąć! Ścieżki Reida i Lou miały się nigdy nie przeciąć, lecz niegodziwy rozkaz zmusza ich do niemożliwego – małżeństwa.

Pradawna wojna wiedźm z Kościołem trwa, a najniebezpieczniejsi wrogowie Lou szykują się, by zgotować jej los o wiele gorszy od stosu. Niezdolna do ignorowania coraz potężniejszych uczuć i zmiany tego, kim jest, Lou musi podjąć decyzję, która zaważy na jej przyszłości, i odpowiedzieć sobie na pytanie… Czy miłość robi z nas głupców?”
(https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4911596/golab-i-waz)

„Gołąb i wąż” jest powieścią napisaną w sposób lekki i niewymagający, jak większość historii YA. W tym wypadku słowo niewymagający jest zaletą. Sięgając po książki z gatunku YA nie szukam podniosłości, bogatego języka, jak w przypadku Tolkiena. Chcę czegoś, przy czym będę się mogła w pełni oderwać. Debiut Shelby Mahurin jest dobrą i przyjemną lekturą, która wciągnęła mnie od samego początku, a strony przewracały się jedna za drugą.

Jeżeli chodzi o magię, to przede wszystkim mogło być jej więcej. Mam trochę wrażenie, że zeszła ona na dalszy plan, stanowiła tło, bazę do historii Lou i Reida. Sam sposób czarowania był ciekawy, nie mogę sobie przypomnieć nic podobnego. Początkowo miałam problem ze zrozumieniem zasad tej magii, ale na szczęście udało mi się połapać i mogłam spokojnie czytać dalej. W powieści opisane są dwa rodzaje czarownic, każdy inaczej korzysta ze swojej mocy. Mam nadzieję, że w kontynuacji wątki te zostaną bardziej rozbudowane, bo widać w nich potencjał.

Tym, co przesłoniło magię, był wątek miłosny między Lou i Reidem. Mogłabym się czuć tym rozczarowana, mogłabym powiedzieć, że autorka powinna była skupić się na czarach, a romans pozostawić jako miły dodatek do fabuły. Ale nie powiem tego, bo związek tak przypadł mi do gustu, tak mu kibicowałam, że chętnie przeczytam o nim więcej. Zaletą tej książki są sympatyczni, barwni bohaterowie. Są pełni energii, dynamiczni, zabawni. Związek wyzwala w nich nowe cechy, dojrzewają. Nie tylko Lou i Reid przyciągnęli moją uwagę. Drugoplanowe postacie są równie interesujące i żywe, one również zmieniają się wraz z rozwojem akcji. To właśnie przez bohaterów czekam z niecierpliwością na kontynuację, chcę wiedzieć jak potoczą się ich losy.

Historia może i nie jest zbyt zaskakująca, pewnych faktów domyśliłam się wcześniej, np. tego przed kim ucieka Lou. Nie jest to na pewno książka niepowtarzalna, unikatowa. Wpasowuje się w dobrze znane nam już schematy, ale obecnie ciężko napisać coś, co byłoby świeże, niespodziewane. Związek głównych bohaterów też nie jest niczym nowym – od nienawiści do miłości, dobrze to znamy. Mimo to nie miałam wrażenia, że czytam oklepaną opowieść, taką która rozczarowuje i najchętniej odłożyłoby się ją na bok, bo niczym nas już nie zaskoczy.

Jeżeli szukacie młodzieżowego fantasy z mocnym wątkiem miłosnym, które Was wciągnie, pozwoli oderwać się od rzeczywistości i zapewni lekką rozrywkę, „Gołąb i wąż” jest właśnie dla Was. Polecam!
 

Tytuł oryginalny: Serpent & Dove; wyd. We Need Ya; tłum. Agnieszka Kalus; str. 476, czerwiec 2020

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu We Need Ya. 

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki  

23 czerwca 2020

"Dom ziemi i krwi" cz. 1 Sarah J. Maas

Udostępnij ten wpis:
Sarah J. Maas to autorka bestsellerowych serii dla młodzieży - „Szklany tron” oraz „Dwór cierni i róż”. Chociaż zyskała w Polsce popularność, a sama kupowałam koleżance jej książki, to nigdy nie zdecydowałam się na lekturę jej powieści. Jednak zmieniło się to, gdy w zapowiedziach zobaczyłam pierwszy tom jej najnowszego cyklu „Księżycowe Miasto”, skierowanego tym razem do dorosłego czytelnika.

Bryce Quinlan jest dziewczyną, która w połowie jest człowiekiem, a w połowie Fae. W świecie pełnym magii, niebezpieczeństw i ognistych romansów poszukuje zemsty!

Bryce Quinlan kocha swoje życie. W dzień pracuje dla handlarza antyków, sprzedając nie do końca legalne magiczne artefakty, a nocą imprezuje razem z przyjaciółmi, delektując się każdą przyjemnością jaką Lunathion – znane również jako Crescent City – ma do zaoferowania. Ale gdy bezwzględne morderstwo wstrząsa miastem, wszystko zaczyna się rozpadać – również świat Bryce.”
(https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4923601/dom-ziemi-i-krwi-czesc-1)

Niektórzy mówią, że to inna Maas i nie są zadowoleni z lektury. Ja mogłam podejść do historii w pełni obiektywnie, bo nie czytałam poprzednich książek autorki. Nie miałam z czym porównywać „Domu ziemi i krwi”, dlatego też czerpałam z lektury niczym niezmąconą przyjemność.

„Dom ziemi i krwi” to mieszanka gatunków. Można tutaj znaleźć zarówno elementy fantasy, jak i kryminału. Fabuła osadzona jest w magicznym świecie, w którym pełno jest zaczarowanych postaci. Są fauny, anioły, zmiennokształtni i wiele innych. Główny wątek można jednak śmiało podpiąć pod kryminał, gdyż główna bohaterka musi rozwiązać zagadkę brutalnego morderstwa. Prowadzi ona swoje własne śledztwo, niczym detektyw-amator.

W książce są wyraziści bohaterowie, obok których nie da się przejść obojętnie. Każdy wzbudził we mnie jakieś emocje, spowodował że chociaż na chwilę zatrzymałam na nim myśli. Bryce Quinlan jest młodą kobietą, z której autorka nie próbowała zrobić wzoru cnót i ideału bez skazy. Obdarzyła ją cechami, z którymi można się identyfikować, dzięki czemu jest przystępna dla czytelnika, pomimo swoich magicznych zdolności.

Powieść napisana jest lekko, z poczuciem humoru, przystępnym językiem. Sporo w niej wulgaryzmów, ale nie przeszkadzały mi one, w żaden sposób nie wpłynęły na przyjemność czytania. Chociaż Księżycowe Miasto jest magiczną krainą, to poprzez styl oraz umieszczenie w wykreowanym świecie dobrze nam znanych rzeczy (np. telefony komórkowe, kluby, alkohol, telewizja), kraina zyskuje na normalności. Jest to bardziej urban fantasy niż fantasy kojarzące się nam z magią i zaczarowanymi stworzeniami.

Na początku miałam problem z odnalezieniem się w przedstawianym świecie. Nie mogłam sobie wyobrazić opisywanych postaci, zrozumieć jak one wyglądają, jakie mają moce, kim są. Byłam też przytłoczona informacjami o mieście, podziale społeczności. Bałam się, że nie połapię się w fabule przez ten nadmiar wiadomości. Na szczęście szybko moja dezorientacja minęła i mogłam już spokojnie czytać książkę.

„Dom ziemi i krwi” jest dobrą historią, wciągającą, trzymającą w napięciu. Nie znajdzie się ona na pierwszym miejscu wśród moich ulubionych książek, ale rozbudziła we mnie ciekawość na tyle, że z przyjemnością sięgnę po drugą część. Ba, chętnie poznam kolejne tomy z cyklu „Księżycowe Miasto”, już zastanawiam się co autorka zaserwuje nam w kontynuacji. I zdecydowanie muszę nadrobić zaległości związane z „Dworem cierni i róż” oraz „Szklanym tronem”. 

Tytuł oryginalny: The House of Earth and Blood; wyd. Uroboros; tłum. Marcin Mortka; str. 560, maj 2020

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Uroboros. 

Recenzja znajduje się również na:

10 czerwca 2020

"Drapieżnik. Prawdziwa historia najbardziej nieuchwytnego mordercy XXI wieku" Maureen Callahan

Udostępnij ten wpis:
Dlaczego interesujemy się seryjnymi mordercami? Dlaczego sięgamy po książki, seriale czy filmy, które przedstawiają brutalne zbrodnie? Dlaczego ciekawią nas mroczne zakamarki umysłu psychopatów, którzy dopuszczają się morderstw, gwałtów i tortur? Sama sięgam po taką literaturę, ale nie jestem w stanie odpowiedzieć na te pytania. Może chcę się dowiedzieć skąd się biorą tacy sadyści, czy rodzą się już źli, czy też życie ich takimi czyni. 

Do ilu zbrodni mógł zainspirować go Mindhunter?

Był zagadką dla profilerów. Przez ponad dziesięć lat przemierzał Stany w poszukiwaniu swoich ofiar. Polował na kobiety i mężczyzn, młodych i starych, w dzień i w nocy. Oszczędzał tylko dzieci.

Od zawsze czuł, że żyją w nim dwie osoby. Oddany ojciec, wychowujący córkę, i wzorowy pracownik zamieniał się w seryjnego mordercę i gwałciciela.

Doskonale przygotowany do każdej zbrodni. Zabijał według dokładnie ustalonego planu, szybko i sprawnie. Usuwał włosy na całym ciele i blokował gruczoły potowe. FBI na próżno szukałoby śladów DNA.

Jak to się stało, że Israel Keyes w końcu wpadł? Gdzie popełnił błąd? Ilu ludzi tak naprawdę zabił?

Maureen Callahan, dziennikarka zaintrygowana historią mordercy, który przez ponad dekadę nie istniał dla wymiaru sprawiedliwości, spędziła wiele lat, badając jego motywy. Przeprowadziła setki rozmów z kluczowymi przedstawicielami organów ścigania, przewertowała stosy dokumentów ze śledztwa, dotarła do tajnych akt FBI. Wszystko po to, żeby przedrzeć się do umysłu mordercy.

Drapieżnik to mrożąca krew w żyłach prawdziwa historia człowieka uzależnionego od mordowania. Zabójcy, wobec którego FBI było bezradne, psychopaty i manipulanta, który do samego końca kontrolował sytuację i zadbał o to, aby ostatnie zdanie należało właśnie do niego.”
(https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4918912/drapieznik-prawdziwa-historia-najbardziej-nieuchwytnego-mordercy)

Książka Callahan to - w mojej subiektywnej opinii - jedna z najlepszych książek z gatunku true crime, jakie miałam okazję czytać. Jest bardzo dobrze napisana pod względem stylu. Można powiedzieć, że czytało mi się ją jak najlepszą powieść. Czasem sama historia nie wystarczy do tego, aby wciągnąć czytelnika, nawet jeżeli jest tak intrygująca i mocna, jak w „Drapieżniku”. Tutaj sposób jej przedstawienia jest mocnym plusem. 
 
Israel Keyes przez dziesięć lat pozostawał nieuchwytny. Można powiedzieć więcej – przez dziesięć lat policja nie miała pojęcia, że ktoś taki istnieje, że w ogóle muszą szukać mężczyzny odpowiedzialnego za zaginięcia wielu osób. I chociaż w końcu FBI trafiło na ślad Israela Keyesa, to gdyby nie jego wola, o wielu ofiarach nigdy by się nie dowiedzieli. 
 
Czy seryjny morderca może mieć swojego idola? Jak widać tak, w tym „środowisku” również można czerpać inspiracje z historii innych, wzorować się na nich, uczyć na ich błędach. Bycia nieuchwytnym również można się nauczyć, czytając książki profilerów, osób z branży kryminalnej, np. „Mindhunter. Tajemnice elitarnej jednostki FBI”. Do tego szkolenie w wojsku, wiedza na temat broni palnej i materiałów wybuchowych, wrodzona skrupulatność. Taki był Israel Keyes. Był drapieżnikiem, który polował na swoje ofiary w dzień i w nocy, na odludnych trasach czy w środku miasta. W wielu miejscach miał przygotowane kryjówki, w których zakopał sprzęt potrzebny przy porwaniach. Nie ograniczał się do jednego terenu, do jednego typu ofiar. Był nieprzewidywalny. Był wyjątkowy, był wybitny w tym, co robił, chociaż było to straszne. 
 
W swojej książce Maureen Callahan pokazuje, że wiedzy o pracy FBI, analityków, profilerów, nie można czerpać z seriali kryminalnych, chociażby CSI: Kryminalne zagadki… Śledztwo nie wygląda w ten sposób, nie jest tak proste i szybkie. Często na analizę materiałów trzeba czekać kilka dni, a niektórych rzeczy śledczy wcale nie są w stanie wykryć. Wiele osób jednak nabiera się na tę nieomylność, z czego podczas przesłuchań korzystają pracownicy FBI. 
 
Jak wspomniałam na samym początku, „Drapieżnik. Prawdziwa historia najbardziej nieuchwytnego mordercy XXI wieku” to jedna z najlepszych książek true crime, jaką miałam okazję przeczytać. Polecam ją fanom tematu, a także wielbicielom kryminałów – odłóżcie na chwilę fikcję na bok i zagłębcie się w autentyczną opowieść. Poznajcie Israela Keyesa na tyle, na ile sam pozwolił się poznać. 

Tytuł oryginalny:  American Predator: The Hunt for the Most Meticulous Serial Killer of the 21st Century; wyd. Znak; tłum. Marcin Sieduszewski; str. 352, maj 2020

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak.  

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki  

31 maja 2020

"Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ofiary. Z archiwum profilera" Katarzyna Bonda, Bogdan Lach

Udostępnij ten wpis:
Katarzyna Bonda to znana pisarka kryminałów, która w swoich powieściach stara się pokazać śledztwo od tej mniej znanej strony, od pracy profilera. Bogdan Lach jest psychologiem śledczym, który jako profiler brał udział w w ponad stu sprawach. „Motyw ukryty” jest ich drugą wspólną książką. W duecie debiutowali w 2009 roku, tytułem „Zbrodnia doskonała”. Po 11 latach postanowili ponownie połączyć siły i wydać książkę, która pokaże jakie zmiany zaszły przez tę dekadę w prowadzeniu śledztwa, a także by pokazać nowe zbrodnie.

Wstrząsające zbrodnie. Prawdziwe historie.

Autorka bestsellerowych powieści kryminalnych Katarzyna Bonda i wybitny profiler dr Bogdan Lach przedstawiają najciekawsze sprawy z archiwum policyjnego psychologa śledczego.

Autorzy krok po kroku prowadzą czytelników przez kolejne etapy poszukiwań sprawców zbrodni. Znajdują dowody lub zbierają dane wiktymologiczne tam, gdzie na pierwszy rzut oka ich nie ma. Demaskują tajemnice z pozoru zwykłych ludzi, którzy okazują się przestępcami. Dzięki umiejętnościom i pracy profilera winowajcy odpowiedzą za popełnione zbrodnie.”
(https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4925778/motyw-ukryty-z-archiwum-profilera)

Zacznę od tego, że "Motyw ukryty" czytało się dobrze i szybko. Autorzy używają profesjonalnego słownictwa, ale jest to książka napisana dla zwykłego człowieka, a nie znawcy tematu, dlatego wszystko jest wyjaśnione i klarowne. Przyznaję, że fragmenty pana Lacha podobały mi się bardziej i chciałabym, aby było ich więcej. Można to jednak zrzucić na karb jego doświadczenia, pisał o tym, co doskonale zna z autopsji.

Na początku książki opisana jest sprawa zabójstwa pewnej kobiety, która mieszkała sama. Przedstawione są wszystkie fakty z jej życia oraz te dotyczące bezpośrednio przestępstwa. Autorzy nie zdradzają jednak kto zabił, jest to zagadka dla czytelnika. Posługując się wiedzą zdobytą podczas lektury, sami mamy spróbować rozwiązać sprawę. Przyznaję, że źle typowałam osobę, która popełniła zbrodnię. Jest to dla mnie zachęta, aby dowiedzieć się więcej z zakresu psychologii śledczej.

W „Motywie ukrytym” ukazano różne zbrodnie: samobójstwa, samobójstwa pozorowane, morderstwa, gwałty, molestowanie. Za każdym razem autorzy pokazywali nam nie tylko sam akt przestępstwa, ale również co się działo wcześniej, co do niego doprowadziło, jaki był ukryty motyw zdarzenia. Wiele rzeczy może wpłynąć na osobę, która dokonuje zbrodni. Mogą to być wydarzenia z dzieciństwa albo gromadzone od lat uczucia, które nagle otrzymują bodziec wyzwalający. Może to być oczywiście chęć zemsty, motyw ekonomiczny bądź choroba sprawcy, zaburzenie psychiczne. Czy patrząc na daną osobę, można przewidzieć, że popełni przestępstwo bądź będzie jego ofiarą? Nie.

Przedstawione przez autorów sprawy były ciekawe i interesowało mnie jak się zakończyły oraz dlaczego w ogóle wystąpiły. Wielokrotnie byłam oburzona brutalnością działań sprawcy, a także brakiem kary dla osób powiązanych z wydarzeniami. Najwięcej emocji wzbudziły we mnie wątki, w których dopuszczano się molestowania nieletnich, a matki przymykały na to oko bądź same wpychały dzieci do łóżek zboczeńców. Nigdy nie zrozumiem takiego postępowania, nigdy nie przestanie budzić we mnie buntu i ogromnej złości.

Polecam lekturę „Motywu ukrytego”. Jest to dobrze napisana książka, w której doświadczony profiler dzieli się swoją wiedzą. Jeżeli interesujecie się kryminalistyką, psychologią śledczą, jest to książka dla Was. Jeżeli lubicie kryminały, również powinniście być zadowoleni z tego tytułu – zapoznajcie się z autentycznymi wydarzeniami, poznajcie co kieruje przestępcami i co inspiruje pisarzy do napisania powieści kryminalnej. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Muza.

Wyd. Muza; str. 448, maj 2020

Recenzja znajduje się również na:

24 maja 2020

"Amy i Isabelle" Elizabeth Strout

Udostępnij ten wpis:
Elizabeth Strout znana jest przede wszystkim za powieść „Olive Kitteridge” oraz „Mam na imię Lucy”. Autorka ma na swoim koncie jednak kilka innych tytułów wartych uwagi, np. przeczytaną przeze mnie „Amy i Isabelle”.

„Isabelle i Amy są pod wieloma względami jak każda matka i jej szesnastoletnia córka – mieszanką miłości i nienawiści. Prowadzą standardowe, przewidywalne życie w plotkarskim miasteczku przemysłowym Shirely Falls, co tylko nasila napięcie między nimi. I kiedy się wydaje, że gorzej już być nie może, Amy odkrywa swoją seksualność. Przepaść między matka i córką pogłębia się i nie da się przerzucić nad nią mostu do czasu, gdy Isabelle zacznie się przyglądać swojej przeszłości. A są tam tajemnice, których bardzo się wstydzi, szczególnie przed Amy.” (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4846909/amy-i-isabelle)

„Amy i Isabelle” to powieść o dojrzewaniu. Chociaż może wydawać się to dziwne, w książce dojrzewa nie tylko nastoletnia Amy, ale również jej matka. Kobieta uczy się, jak rozmawiać ze swoją córką, jak pogodzić się z przeszłością, jak znowu czuć się ze sobą swobodnie. Dojrzewa w tym samym stopniu, co Amy. Obie odkrywają siebie. Amy zaczyna poznawać swoje ciało, swoją seksualność. Jest to temat bliski każdej kobiecie, nastolatce. Każda z nas przez to przechodziła, każda uczyła się o sobie na swój sposób, w swoim tempie.

Strout porusza również temat relacji matki z córką. Nie zawsze jest to prosty związek. Czasem, jak w przypadku Amy i Isabelle, pojawia się napięcie, które nie pozwala na swobodę i wyrażanie uczuć. Jest to trudny wątek, na pewno nie każda kobieta otwarcie przyzna się do tego, że nie potrafi nawiązać szczerej więzi z własnym dzieckiem. Autorka pokazała, że na taką sytuację mogą mieć wpływ różne wydarzenia z przeszłości, brak otwartości, zazdrość. Czy Amy i Isabelle udało się wreszcie porozmawiać i zacząć zdrową relację? Musicie sięgnąć po książkę, aby dowiedzieć się więcej.

Myśląc teraz o powieści, wspominam duchotę, która panowała w jej fabule. Nie chodzi tylko o upalne lato, które było tłem do rosnącego napięcia między Amy i Isabelle. Shirely Falls to plotkarskie miasteczko, w którym ludzie duszą się we własnym sosie. Czasem mogłam odczuć tę gęstą atmosferę panującą między mieszkańcami. Wszyscy grali, mieli swoje sekrety, nakładali maski, które miały ukazać ich w jak najlepszym świetle.

To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Elizabeth Strout, ale chętnie sięgnę po inne tytuły. Autorka ma przyjemny styl, dzięki czemu dobrze czytało mi się opisaną historię. Stworzyła ciekawą opowieść, którą snuła powoli. Chętnie sięgnę po inne tytuły pisarki. 

Tytuł oryginalny: Amy and Isabell; wyd. Wielka Litera; tłum. Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik; str. 448, maj 2018

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki  

20 kwietnia 2020

"Dlaczego nikt nie widzi, że umieram" Renata Kim PRZEDPREMIEROWO

Udostępnij ten wpis:
„Dlaczego nikt nie widzi, że umieram” to historie osób, które doświadczyły w swoim życiu przemocy psychicznej. Jest to książka, która była ważna, gdy powstawała, a teraz jest jeszcze ważniejsza. Z powodu pandemii jesteśmy zmuszeni do siedzenia w domu, wiele osób nie pracuje. Sprzyja to narastaniu agresji, eskalacji przemocy, zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Na całym świecie rośnie liczba ofiar przemocy domowej. Na szczęście powstaje wiele pięknych inicjatyw, które mają wspierać osoby, które potrzebują pomocy.

W kilkunastu, napisanych w pierwszej osobie reportażach autorka pokazuje, jak człowiek wchodzi w toksyczną relację, jakie są jej kolejne etapy i jak trudno się z niej wyplątać. Bo – jak mówią wszyscy psychologowie i same ofiary – uruchamia się w nim mechanizm uzależnienia, z którego trudno się wyrwać, podobnie jak z nałogu alkoholowego czy każdego innego. Na dodatek ofiara z biegiem czasu słabnie: zaczyna kwestionować własny rozsądek i umiejętność oceny sytuacji, przyjmuje punkt widzenia przemocowca. I jeszcze jedno: otoczenie jest zwykle po stronie kata, nie wierzy ofierze.

Bohaterkami książki są głównie kobiety, ale autorka przedstawia także historię mężczyzny – ofiary.”
(https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4920023/dlaczego-nikt-nie-widzi-ze-umieram-historie-ofiar-przemocy-psychicznej)

W 2017 roku odnotowano ponad 77 tysięcy przypadków przemocy psychicznej, ponad 60 tysięcy fizycznej, 1200 seksualnej. W statystykach zaczyna dominować przemoc psychiczna, co świadczy o tym, że służby zaczynają dostrzegać ten problem, chociaż w kodeksie karnym wciąż nie ma bezpośrednich zapisów o nim.

Każda przemoc jest zła, mam jednak wrażenie, że osoby doświadczające przemocy psychicznej cierpią podwójnie. Nie ma widocznych śladów na to, że ktoś został skrzywdzony, wielu ludzi ma zatem problem z uwierzeniem w czyjeś nieszczęście. Bagatelizują sprawę, lekceważą uczucia ofiary, która zostaje sama ze swoimi troskami. Ciężko jest wyrwać się z toksycznej relacji, jeżeli nikt ci nie wierzy, nie wysłucha i nie pomoże.

Autorka przedstawiła w swojej książce historie kobiet, ale również mężczyzny, który stał się ofiarą przemocy psychicznej. Chociaż częściej to kobiety są krzywdzone, nie możemy myśleć, że mężczyzn to nie spotyka. Jak pokazuje Renata Kim, ciężko przewidzieć kto może stać się ofiarą. Może to być osoba, która od lat żyje w małżeństwie, ale nagle wdała się w romans. Może to być samotna matka albo wykwalifikowana psycholog, która doskonale zna działanie przemocowców. Osoba, która stosuje przemoc psychiczną to najczęściej narcyz, który potrafi znaleźć u drugiego człowieka jakąś słabość, trafia na podatny grunt i manipuluje ofiarą, uzależnia ją od siebie. To jak narkotyk – wiesz, że jest złe, ale chcesz więcej.

Ktoś może powiedzieć, że taki manipulator jest silną osobą. Według mnie pod tą pozorną siłą skrywa słabość. Musi kimś sterować, aby poczuć własną moc. Wybiera kogoś o miękkim sercu, naiwnego, z problemami lub szukającego bliskości, żeby łatwiej było go zdominować.

Warto przeczytać „Dlaczego nikt nie widzi, że umieram”, żeby chociaż trochę zrozumieć problem przemocy psychicznej, żeby wiedzieć jak reagować, jak pomóc osobie, która zgłosi się do nas. Bądźmy wrażliwsi na krzywdę drugiego człowieka. Myślę, że wielu czytelników czytając opisane historie, będzie mogło przytoczyć podobne ze swojego otoczenia. Warto, aby po tę książkę sięgnęły osoby, które były w takich toksycznych relacjach. Może pomoże ona im zrozumieć, że nie są same, że to nie jest ich wina, że nie są chore, gorsze, że da się z tego wyjść i zakończyć wyniszczającą znajomość.

Polecam ten tytuł Waszej uwadze. Prawdopodobnie w przyszłości sięgnę po książki, które wzbogacą moją wiedzę o przemocy psychicznej. Myślę, że ta była dobrym wstępem do tematu. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W. A. B. 

Wyd. W. A. B.; str. 320, kwiecień 2020 (ebook) 

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram 

15 kwietnia 2020

"Dziewczyna z sąsiedztwa" Jack Ketchum

Udostępnij ten wpis:
„Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma to książka, o której wiele słyszałam. Polecali mi ją znajomi, czytałam o niej na różnych stronach, pojawiała się w rozmowach na Instagramie. Wszyscy mówili zgodnie, że jest to mocna, przerażająca historia, od której nie sposób się oderwać. Trochę się bałam, że po tak wielu pochwałach, moje oczekiwania są wysokie i powieść im nie sprosta. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy jakaś bestsellerowa lektura nie przypadła mi do gustu. Cóż, w przypadku „Dziewczyny z sąsiedztwa” wszystkie opinie jak najbardziej się sprawdziły i ja sama dołączam do grona osób, które polecają tę opowieść.

Przedmieścia. Ciemne ulice, przystrzyżone trawniki i przytulne domy. Miła, spokojna okolica. Jednak nie dla nastoletniej Meg i jej kalekiej siostry Susan. W domu Chandlerów, przy ślepej uliczce, w ciemniej, zawilgoconej piwnicy, Meg i Susan zdane są na łaskę kapryśnej i cierpiącej na ataki szału ciotki Ruth, którą szybko ogarnia szaleństwo. Szaleństwo, którym zaraża swoich trzech synów oraz całą okolicę. Jedynie jeden zatroskany chłopiec spróbuje oprzeć się złu zarażającemu niewinne umysły. Musi podjąć bardzo dorosłą decyzję i wybrać między miłością i współczuciem, a pożądaniem i złem… Którą drogę wybierze?” (https://papierowyksiezyc.pl/ksiegarnia/dziewczyna-z-sasiedztwa/)

Zacznę od tego, że jest to historia oparta na faktach. Warto o tym pamiętać. Nie jest to wymysł autora, twór jego wyobraźni. Nie stworzył on chorej kobiety, która kierowała się gniewem i w swoim szaleństwie zniszczyła dzieciństwo wielu osobom. Ona istniała naprawdę i w 1965 roku, mając trzydzieści sześć lat, dopuściła się się przestępstwa. Kiedy czytałam książkę i myślałam o tym, że można dopuścić się takich rzeczy… Wiem, że wiele rzeczy Ketchum wymyślił sam, jednak sam pomysł nie wziął się z niczego.

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. Fabułę śledzimy z perspektywy młodego chłopaka, który jest sąsiadem Ruth, kobiety u której zatrzymują się siostrzenice i gdzie będzie rozgrywać się przerażająca akcja. Autor w posłowiu napisał, że specjalnie zdecydował się na taki zabieg. Dzięki temu zachował okrutny wydźwięk książki, bez żerowania na okrucieństwie doświadczanym przez dzieci. Młody bohater był świadkiem wielu wydarzeń, ale nie widział wszystkiego, dlatego autor mógł tylko nakreślić daną sytuację, bez wdawania się w szczegóły. Myślę, że była to słuszna decyzja. Sama wielokrotnie miałam straszne nerwy podczas lektury, więc cieszę się, że pewne opisy zostały mi oszczędzone.

Jest to niepokojąca opowieść o mrocznych zakamarkach ludzkiej duszy. David jest młodym chłopakiem, który przez całe swoje życie żył w spokojnej okolicy i chociaż niektórzy jego koledzy mieli dziwne, czasem niebezpieczne pomysły, to nie spotkał się z prawdziwym złem. Nagle stanął przed ciężkim wyborem. Widzi grozę i zło, ale ma to w sobie coś pociągającego, coś co budzi w nim nieznane dotąd emocje. Jest to również historia o tym, jak dzieciństwo nas kształtuje, jak wpływa na naszą przyszłość. Traumatyczne wydarzenia zawsze w jakiś sposób odciskają się na człowieku, są z nami przez całe życie.

„Dziewczyna z sąsiedztwa” to horror, w którym pisarz nie straszy nas wymyślonymi potworami. Najstraszniejszy jest tam człowiek oraz to, jak może traktować drugą osobę. Jest to wstrząsająca opowieść dla ludzi o mocnych nerwach. Polecam fanom powieści grozy, na pewno się nie zawiodą.

Tytuł oryginalny: The Girl Next Door; wyd. Papierowy Księżyc; tłum. Łukasz Dunajski; str. 340, marzec 2016

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki  

2 kwietnia 2020

"Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości" Magda i Piotr Mieśnik

Udostępnij ten wpis:
„Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości” Magdy i Piotra Mieśnik to reportaż, który jeszcze przed swoją premierą wzbudził zainteresowanie wśród sporego grona czytelników, w tym i u mnie. Dlaczego tak wiele osób chciało przeczytać tę książkę? Przecież prostytutki nie kojarzą się nam najlepiej. Myślę, że chodziło o kontrowersje wokół tego tematu, chęć poznania sekretów najstarszego zawodu świata.

Ten świat zanurzony jest w prozie, a nawet bagnie życia, jednak od zawsze otacza go aura tajemniczego romantycznego mitu. Kurtyzany, ladacznice, dziwki, call-girls, sexworkerki – bohaterki niezliczonych powieści i filmów, obiekty ciekawości tzw. przyzwoitego świata, zimne uwodzicielki, które wiedzą, jak owinąć sobie mężczyznę wokół palca. Ile jest w tym prawdy? Ile jest tych prawd i co się za nimi kryje? Pora przyjrzeć się, jak wygląda życie w tym zawodzie zza kulis. Ile w nim „przyjemności” i wyboru, a ile obrzydzenia, bólu i bezsilności.”
(https://www.gwfoksal.pl/prostytutki-tajemnice-platnej-milosci-magda-miesnik-skua03df61604470bb30ea8.html)

Przede wszystkim jest to książka, w której autorzy oddają głos bohaterom. Oni sami nie oceniają, zachowują dystans, przedstawiają fakty. Bohaterami są nie tylko młode, atrakcyjne kobiety, ale również te starsze, zmęczone życiem, a także mężczyźni. Są tam historie zarówno prostytutek, jak i osób korzystających z ich usług. Autorzy opisują znane, głośne historie, nie omijając jednak takich, które nie pojawią się na czołówkach gazet.

Nigdy nie wiadomo, dlaczego ktoś zaczął pracę w tej branży. Zmusiła ich sytuacja finansowa, może pojawiła się okazja na „łatwy” zarobek, może zostały/zostali uprowadzeni na handel ludźmi i trafili do burdelu, z którego boją się teraz uciec. A może ktoś z najbliższych wziął ją/jego za rękę i wskazał drogę. Początki są różne, różnie może się też zakończyć ich praca. Wielu osobom udaje się uciec, zacząć gdzieś nowe życie, odciąć od przeszłości. Niektórzy na zawsze zostają w seksbiznesie, a niektórzy – niestety – tracą życie w tragicznych okolicznościach.

Trochę miejsca poświęcono na aferę z kobietami, które latały do Dubaju. Wcześniej do tego tematu podszedł Piotr Krysiak w książce „Dziewczyny z Dubaju”, o czym również wspominają autorzy. Nie jest to na pewno nic odkrywczego, ale dla mnie, osoby która nie zagłębiała się w te historie, były to nowe wiadomości. Młode, ładne, zadbane kobiety latały na zagraniczne spotkania z bogaczami. Za swoje towarzystwo i inne usługi, dostawały więcej, niż niektórzy za miesiąc pracy. Często też pokazywały się na eleganckich spotkaniach w Polsce, chociaż wiele z nich robiło to niechętnie – bały się rozpoznania.

W książce ukazane są również prostytutki, które zarabiają mniej, nie pracują w luksusach i eleganckich mieszkaniach. Stoją przy drogach, siedzą w burdelach, wynajmują byle jakie mieszkania, żeby przyjmować w nich klientów. Oddają się obcym, spełniając ich potrzeby i fantazje. Mają krótkie przerwy między spotkaniami, żeby trochę się odświeżyć, przygotować. Niektóre są trzymane przez alfonsów, bite, poniżane, ranione. Z dala od rodziny i bliskich, którzy w razie ich nieposłuszeństwa, również są zagrożeni.

Opisane są historie osób, które prostytuują się z własnej woli. Robią to kiedy chcą, w bezpiecznych i czystych miejscach, za dobrą stawkę. Mówią, że nie chcą iść do innej pracy, gdzie musiałyby więcej robić, a mniej zarabiać. Nie narzekają na swoje życie. Inne robią to, bo są zmuszane – przez jakąś szajkę, przez chłopaka czy matkę. Sprzedają swoje ciało, bo potrzebują na narkotyki albo ktoś skrzywdził je wcześniej i nie znają innego życia. Autorzy nie pokazują tylko tego, że jest źle, nie ukazują też prostytucji w samych kolorowych barwach, jako prostego środka na zarobek. Starają się być obiektywni.

Książka jest warta uwagi. Nie żałuję, że zdecydowałam się na nią i polecam jej lekturę, jeżeli nadarzy się okazja. Sama mam problem z jednoznaczną oceną osób, które pracują w seksbiznesie. Myślę, że po lekturze tego reportażu, wiele z Was może mieć ten sam kłopot. 

Wyd. W. A. B; str. 320, styczeń 2020

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki

24 marca 2020

"Mag bitewny" Peter A. Flannery

Udostępnij ten wpis:
Po przeczytaniu genialnego Cyklu Demonicznego, miałam problem z tym, aby książka fantasy mnie tak mega pochłonęła, żebym się nią zachwycała. Czytałam dobre historie, z ciekawie skonstruowaną fabułą i intrygującymi światami. Jednak cały czas czułam, że nic nie dorównuje serii Bretta (jeżeli jeszcze nie czytaliście, gorąco polecam). W zapowiedziach trafiłam na „Maga bitewnego” Petera A. Flannery’ego. Smoki, magowie, rycerze. Brzmi super. Do tego skojarzenie z Peterem V. Brettem. Zamówiłam zaraz po premierze, teraz przeczytałam i… tak, mamy to! Zaraz opowiem Wam więcej, ale od razu mogę się przyznać, że wreszcie znalazła się powieść fantasy, która mnie totalnie pochłonęła.

Nie ma uczucia silniejszego od smoczego smutku. Może tylko smocza wściekłość.
Armia nieumarłych pod wodzą demona zalewa królestwo Furii. Kolejne armie obrońców uginają się przed nieujarzmioną potęgą wroga. Ludzie zamieniają się w Opętanych i ruszają mordować własne rodziny. Świat pogrąża się w mroku, rozpaczy i dzikim przerażeniu.
Jedyną nadzieją na przetrwanie jest walka u boku maga bojowego i jego smoka. Tych jednak jest zbyt mało. Od czasu Wielkiego Opętania tylko nieliczni mają odwagę przywoływać smoki. Niektóre z nich, szalone i nieobliczalne, stanowią śmiertelne zagrożenie dla ludzi. Potrzeba wyjątkowego człowieka, by okiełznać ich moc...
Falko Dante - słabeusz w świecie wojowników, umierający na tajemniczą chorobę syn szaleńca i zdrajcy. Nie tak wyglądają bohaterowie tej wojny. A jednak to na jego barki spadnie ciężar odpowiedzialności i jemu przypadnie do odegrania rola, która zaważy na losach tysięcy ludzi.”
(https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/peter-flannery/mag-bitewny-t-1/)
Na początku jest spokojnie, autor wprowadza czytelnika w historię. Poznajemy głównego bohatera i jego przyjaciół, oczywiście nie wszystkie informacje są nam zdradzone od razu. Wraz z biegiem czasu akcja nabiera tempa, a przed odbiorcą rysuje się wizja nadchodzącej wojny. Zagrożenie jest coraz bliżej, a my na dobrą sprawę nie wiemy dokładnie z czym przyjdzie się mierzyć bohaterom. Jest to armia Opętanych, ale kim oni są? Kto stoi na ich czele i co potrafi? Flannery stworzył intrygujących antagonistów, groźnych, tajemniczych, bez sumienia, przerażających w swojej mocy i wyglądzie.
Główną postacią jest chuderlawy, schorowany nastolatek, napiętnowany przez wielu jako syn szaleńca i zdrajcy. Od początku zapałałam do niego sympatią i nie chodzi tu o litość nad słabszym. Falko Dante może i jest wątłej budowy i zdrowia, może pada ofiarą złych słów i zaczepek fizycznych, ale w jego sercu pali się ogień. Jest odważny, wierny swoim przyjaciołom, dla których jest w stanie zrobić wszystko. Czuć od niego dobroć, a także trochę niepokornego ducha. Pozostali bohaterowie również są ciekawi, wzbudzają emocje. Nie wszyscy są serdeczni i ujmujący, wielu z nich spiskuje, jest łasych na władzę, nie waha się podejmować drastycznych kroków. Po trupach do celu. Noszą też w sobie tajemnice, które jeszcze nie wyszły na jaw.
Powieść czyta się bardzo szybko. Fabuła wciąga, nawet jeżeli chwilami zwalnia tempa, to nie ma tam przynudzania. Jest magia w nowej odsłonie, różne rodzaje smoków, a do tego standardowa walka – łuki, miecze, konnica, rycerze w lśniących zbrojach. Tam po prostu nie ma miejsca na nudę. Jest lekko, z poczuciem humoru, ale również mroczno, niebezpiecznie. Jest radość, nadzieja na nowe życie, ale również smutek i łzy straty.
Mega jaram się tą książką i nie mogę się doczekać kolejnego tomu. Akcja urwała się w momencie, w którym wiele może się wydarzyć. Nasi bohaterowie są zagrożeni, a nie wszystkich niebezpieczeństw się spodziewają. Liczę na to, że kolejna część wciągnie mnie równie mocno, da nam odpowiedzi na niektóre pytania i przyniesie nowe niespodzianki. Nie wiem ile ksiąg planuje autor, ale zacieram ręce z ekscytacji i liczę na więcej! 

Tytuł oryginalny: Battle Mage; wyd. Fabryka Słów; tłum. Maciej Pawlak; str. 613, marzec 2020
Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki

29 lutego 2020

"Wojna makowa" Rebecca F. Kuang

Udostępnij ten wpis:
Bardzo rzadko zdarza mi się tak, że widząc zapowiedź nieznanej autorki/autora, czekam na dzień premiery i od razu ją zamawiam. Raczej sprawdzam opinie, myślę o niej, sprowadzam do księgarni, chodzę koło niej, biorę do ręki, podczytuję początek (zalety mojej pracy). Jednak „Wojna makowa” od samego początku miała w sobie to coś, co mówiło do mnie „musisz mnie kupić!”. Jeszcze jak zobaczyłam, że poleca ją Peter Brett, który wrzucał jej zdjęcia na Instagramie, to już w ogóle głos w mojej głowie krzyczał KUP MNIE. I kupiłam. Wtedy zobaczyłam setki zdjęć na bookstagramach, kolejne pozytywne reakcje na tę historię. Oczekiwania rosły, bałam się, że będę miała tak napompowaną bańkę, że nie ma opcji, żeby książka spełniła moja wymagania. Jak wypadł debiut Rebecci F. Kuang w moich oczach? Zapraszam do czytania dalej.

Kiedy jesteś sierotą wojenną świat ma dla ciebie głównie pogardę, odrzucenie, brutalność i ból. Czasem, jeśli akurat masz szczęście, obojętność. Jeśli natomiast do tego jesteś dziewczynką, szczęście ma twoja przybrana rodzina. Zawsze może ubić interes i sprzedać cię na żonę jakiemuś zamożnemu staruchowi.

Rin doświadczyła tego wszystkiego. Jest nikim, jej życie nie ma dla nikogo żadnego znaczenia, nikogo też nie obchodzi jej los. Jeśli chce wydostać się z rynsztoka, w którym się wychowała, ma tylko dwie drogi. Pierwsza wiedzie przez łóżko obmierzłego starca. Druga, przez bramę Akademii Sinegradzkiej – elitarnej szkoły wojskowej. Aby podążyć tą drugą drogą, Rin zrobi wszystko, co tylko leży w ludzkiej mocy. A nawet więcej. To nie jest historia o potędze nauki, sile przyjaźni czy starciach wielkiej magii.

To jest historia o kołach czasu, które nieustępliwie i bezlitośnie mielą ludzkie losy. I o dziewczynie, która zniszczyła cały mechanizm. Kamieniem, bo na miecz była za biedna.”
https://fabrykaslow.com.pl/autorzy/rebecca-f-kuang/wojna-makowa/


Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, przypomniałam sobie o trylogii Czarnego Maga, którą napisała Trudi Canavan. Może moje skojarzenia były podświadome, ponieważ widać tutaj podobny schemat, często wykorzystywany przez pisarzy. Młoda dziewczyna wywodząca się z biedoty; sierota, którą czeka przyszłość u boku starszego mężczyzny, gdzie będzie mu służyć ciałem, wydawać na świat potomków. Siłą swojej woli dostaje się do elitarnej szkoły, gdzie zostaje nieprzychylnie przyjęta przez dzieci z bogatych i wysoko postawionych rodzin. Na przekór nim stara się, aby udowodnić wszystkim, że zasłużyła na miejsce w szkole. Wraz z biegiem czasu okazuje się, że dziewczyna jest wyjątkowa…

Schemat ten można na pewno dopasować do wielu powieści, jednak czy to oznacza, że trzeba skreślić „Wojnę makową”? Wydaje mi się, że obecnie ciężko jest napisać coś, stworzyć od podstaw, co w żaden sposób nie będzie pokrywać się ze znanymi wcześniej historiami. Trudno być w stu procentach oryginalnym.

„Wojna makowa” to historia z dalekowschodnim klimatem. Jej orientalna atmosfera przyciągnęła moją uwagę, skusiła do lektury. Zawsze jest to dla mnie coś świeżego, jako że do tej pory czytałam tylko jedno fantasy opierające się na tamtej kulturze. Do tego inna odmiana magii, właściwie szamanizmu, połączeń duchowych z bogami, wszystko to było nowe, inne.

Nie jest to historia, w której dostajemy młodą dziewczynę, która zakochuje się w jakimś zdolnym chłopaku i ślepo stara się mu zaimponować, dorównać. Nie jest to ckliwa historia skupiająca się na młodzieńczej miłości. Owszem, pojawi się wątek miłosny, ale dalej zastanawiam się na ile było to głębsze uczucie, a na ile obdarzenie kogoś szacunkiem, podziwianie jego siły i wiedzy, poczuciem wspólnoty, podobieństwa. Ciężko mi to osądzić, podobnie jak ciężko jest mi ocenić postawy niektórych bohaterów. Czy ktoś był zły czy dobry, a może miał tylko inne poglądy.

„Wojna makowa” jest brutalna, jak to na wojnie bywa. Wiele opisów było jednak tak odrażających, mocnych, że przerosły moje oczekiwania. Słyszałam wcześniej, że jest krwawa opowieść, ale nie sądziłam, że aż tak. Jeżeli ktoś nie lubi tak okrutnych scen, nie polecam sięgania po tę książkę. Zawsze się zastanawiam skąd autorzy czerpią inspiracje do takich bestialskich opisów.

Nie wiem czy tylko ja tak mam, może jestem za głupia, a może inni też mieli podobne odczucia, ale nie do końca mogłam się połapać w tej strefie duchowej, boskiej. Kto był dobry, kto był zły. Który bohater miał rację, ten szukający pomocy u bogów, czy ten twierdzący, że sprowadzą na nich nieszczęście. Czułam się trochę zagubiona.

Debiut pisarki uważam za udany. Wciągnęłam się w historię, szybko mi się ją czytało. Czekam na kolejny tom, który mam nadzieję rozjaśni mi rzeczy, których nie mogłam zrozumieć w „Wojnie makowej”. Jestem też ciekawa jak potoczą się losy Rin, jak ukształtują ją wydarzenia z końcówki pierwszej części, w którą stronę pójdzie. Podsumowując: jestem zadowolona z lektury, ale nie zachwycam się nią.

PS. Kupiłam wydanie w zintegrowanej oprawie i jest cudowne! Fabryka Słów postarała się. W środku znajdziecie czarno-białe rysunki, do tego oczywiście mapy. Cieszy oko.

Tytuł oryginalny: The Poppy War; wyd. Fabryka Słów; tłum. Grzegorz Komerski; str. 640, luty 2020

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki  

23 lutego 2020

"Położna z Auschwitz" Magda Knedler

Udostępnij ten wpis:
Można odnieść wrażenie, że ostatnio panuje moda na literaturę obozową. Na rynku pojawiło się i wciąż pojawia, sporo tytułów z tej kategorii. Są to nie tylko wspomnienia osób, które przetrwały to piekło, ale również książki typowo beletrystyczne, mające na celu wzruszać czytelnika. A jak powiedziała jedna z blogerek (Pani Bookowska), książki te raczej nie powinny wzruszać, a wstrząsać, przerażać. Samo Muzeum Auschwitz przestrzega przed niektórymi pozycjami, mogącymi przedstawiać niepoprawny obraz warunków panujących w obozach. Jedną z książek, które zyskały aprobatę Muzeum jest „Położna z Auschwitz”. Zdając się na ich zdanie, a także remonedacje wielu czytelników, zdecydowałam się na lekturę.

„Przejmująca opowieść o Stanisławie Leszczyńskiej.

W piekle obozu koncentracyjnego ocaliła tysiące dzieci.

Do KL Auschwitz trafia kolejny transport więźniarek. Wśród nich jest położna z Łodzi, która na własną prośbę zaczyna pracę w nieludzkich warunkach: bez wody, podstawowych narzędzi medycznych i leków. Porody przyjmuje na piecu przykrytym starą derką. Wielokrotnie ryzykuje życie, przeciwstawiając się rozkazom bezwzględnego Josepha Mengele. Robi wszystko, by chronić dzieci przed okrutnymi eksperymentami. Wspiera młode matki, którym siłą odebrano niemowlęta i wysłano je do Rzeszy. Albo na śmierć…

W Auschwitz nie była Stanisławą Leszczyńską. Była Mamą. Była nadzieją.

"Położna z Auschwitz" to dramatyczna opowieść inspirowana bohaterskim losem Stanisławy Leszczyńskiej. Polska położna odebrała w Auschwitz ponad 3 000 porodów, podczas których nie umarło żadne dziecko, żadna kobieta.”
(https://wydawnictwowam.pl/prod.polozna-z-auschwitz.19672.htm?sku=82567)

Stanisława Leszczyńska jest postacią autentyczną. Kobieta żyła w latach 1896 – 1974. Do Auschwitz-Birkenau trafiła w kwietniu 1943 roku wraz z córką. Była tam do 27 stycznia 1945 roku, do momentu wyswobodzenia obozu przez Armię Czerwoną. Do samego końca pracowała jako położna, nie opuszczając swoich podopiecznych. W trakcie pobytu w Auschwitz przyjęła ok. 3000 porodów. Pomimo warunków panujących na oddziale położniczym, nie straciła ani jednej kobiety, ani jednego nowonarodzonego dziecka. Jej postać zasłużyła na tę książkę, zasłużyła na to, aby jej historia trafiła do szerszego grona odbiorców.

Podczas lektury popłakałam się. Nie dlatego, że książka mnie wzruszyła, tanim chwytem zagrała na emocjach. Popłakałam się, bo nie mogłam uwierzyć w jakich warunkach przyszło żyć tym kobietom. Nie dość, że były oddzielone od swoich bliskich, żyły w niepewności co do swojego losu i losu ukochanych, musiały przetrwać na drastycznie małej ilości jedzenia, w brudzie, wśród szczurów, w zimnie, to jeszcze były w ciąży. Nosiły pod sercem nowe życie, któremu nie mogły zagwarantować bezpiecznego przyjścia na świat, nie mogły być pewne, że dziecko będzie miało co jeść, czy przeżyje trudne warunki i – przede wszystkim – czy władze pozwolą mu żyć. Musiały być silne nie tylko dla siebie, ale również dla noworodków. Jedna dla drugiej starała się być wsparciem, dokonywały tam pięknych gestów. Ludzkich gestów, a przecież były obdzierane ze swojego człowieczeństwa.

Magdzie Knedler udało się napisać książkę, która nie próbuje nam grać na emocjach. Nie próbuje czarować, używać pięknych słów, ubierać historii w dodatkową otoczkę. Ta historia broni się sama. Napisała powieść, która przedstawia warunki życia w obozie, jak nawet krótki pobyt w tym miejscu wpływał na psychikę i przyszłość więźniów. Pokazuje Stanisławę Leszczyńską taką, jaką widziały ją kobiety. Autorka oparła się na Raporcie położnej z Oświęcimia, który po wojnie napisała sama Leszczyńska, a także na wspomnieniach więźniarek, które miały styczność z Matką. Bo tym dla nich była. Matką, Mamą.

Polecam „Położną z Auschwitz”. Warto poznać Stanisławę Leszczyńską. Warto dowiedzieć się czegoś o historii obozu, a nie wszystkim łatwo przychodzi czytanie książek stricte historycznych.
Zastanawiam się nad kolejną książką z tej tematyki, ale chciałabym wybrać coś wartościowego. Polecacie którąś pozycję? Coś dla osoby, która dopiero zaczyna zagłębiać się w tę tematykę. 

Wyd. Mando; str. 304; styczeń 2020

Recenzja znajduje się również na:
Lubimy czytać || Instagram || Empik || Bonito || Świat Książki 

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia